MACIERZYŃSTWO

BĘDĘ GOTOWAĆ ZUPKI A RZECZYWISTOŚĆ

Strasznie cieszyłam się na rozpoczęcie rozszerzania diety u dzieci. Wyobrażałam siebie jak gotuję warzywka dzieciom, a one je bezproblemowo pałaszują, aż im się uszy trzęsą. Myślałam o tym, jak bardzo zaoszczędzę, gdy dzieci będą jadły to co my i w ogóle jak będzie cudownie karmić je czymś innym niż mlekiem.

Rozszerzanie diety

Starałam się przygotować do rozpoczęcia rozszerzania diety, rozmawiałam z pediatrą i czytałam ulotki i informacje o tym co i kiedy wprowadzić. Cieszyłam się na samo wyzwanie gotowania dla dzieci. Jak bardzo się znów pomyliłam i jak rzeczywistość wydała się inna…

Pediatra kazała zacząć od warzyw. Ok. Pomaszerowałam do pobliskiego sklepiku typu „warzywniak” i pytam o produkty, które są ekologiczne, w sensie nie pryskane i zdrowe… O zgrozo… Pani ekspedientka spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem i zaczęła głośno wymieniać warzywa i myśleć… W końcu doszła do wniosku, że warzywa otrzymują z lokalnych źródeł, ale tak naprawdę one nie są ekologiczne, bo są pryskane i że w sklepie takich produktów nie posiadają… Dodała jeszcze, że ona ma sama działkę i też pryska, by jej ładnie rosło. Wtedy mój wzrok wydawał się być może dziwny i mierzący ją. No cóż… Kupiłam koperek, podziękowałam pięknie i wyszłam. Nie, nie kupię słoików. Będę gotować sama dla moich dzieci. O!

Ekologiczne warzywa

Serfowałam po Internecie w nadziei na znalezienie sklepów ekologicznych. Owszem znalazłam, ale gdy tam weszłam okazało się, że świeżych warzyw brak. Nie opłaca się. Mają na stanie same suche produkty. W międzyczasie zadzwoniłam do mamy, by zbierała dla mnie co najlepsze z własnej działki – uwaga – nie pryskanej, jak u tej pani ze sklepu! Gdy przyjedzie nas odwiedzić to będę miała pełno zdrowych warzyw i owoców, porobię w słoiczki. Super, ale z rodziną nie widzę się za często, bo dzieli nas trochę kilometrów, więc musiałam mieć coś na stałe.

Byłam w przychodni po receptę dla Szymka, więc korzystając z okazji porozmawiałam z pediatrą. Ona poleciła mi produkty ekologiczne w Lidlu. Powiedziała, że czasem są stoiska oddzielne na ekologiczne produkty, a czasem trzeba szukać pośród innych. Tak też zrobiłam. I faktycznie były, ale nie tyle ile się spodziewałam.

Rozszerzanie diety zaczęłam od warzyw: od brokułu, marchewki. I faktycznie gotowałam aż miło. Codziennie marcheweczka. Dzieci ją uwielbiały. Miksowałam ręcznym blenderem. Było świetnie. Brokuły przygotowywałam na parze, marcheweczkę gotowałam, ekologiczne ziemniaczki. Potem wprowadzałam owoce. Dostałam bardzo dużo jabłek od rodziców, więc dzieci miały co jeść. Uwielbiały je, a ja byłam zadowolona. Do czasu…

Uznałam, że już czas, gdy należałoby wprowadzić im jeszcze inne produkty, więcej warzyw, mięsko, rybkę itd. Naprawdę przejmowałam się tym co moje dzieci jedzą. Chciałam, by było najwyższej jakości, nie chciałam karmić ich warzywami nieznanego mi pochodzenia. Może się zafiksowałam trochę na tym punkcie, ale wiesz to moje pierwsze dzieci i człowiek się jeszcze przejmuje 😉 a ja razy dwa;)

To co udało mi się zdobyć ekologicznego: jabłka, ziemniaki, marchewkę, brokuł, pietruszkę, gruszkę i banany. Oczywiście nie zawsze udało mi się to znaleźć w sklepach. Koniec. A ja przecież chciałam karmić moje dzieci groszkiem, pasternakiem i nie wiadomo czym jeszcze. Pasternak? O matko… Niektórzy nie wiedzieli o istnieniu takiego warzywa… Zrezygnowana kupiłam słoiczki. Tak, ja, „ekologiczna mama” kupiłam słoiczki. Ku mojemu zaskoczeniu moje dzieci je uwielbiały. Cokolwiek im nie dałam zajadały ze smakiem. W słoikach miałam wszystko, po owoce lata, jesieni i warzywa, których nigdy bym nie dostała. Pasternak też! Króliczka, indyczka, ryby dorszowe, łososia. Mniam. Z „ekologicznej mamy” zrobiłam się „mikrofalową mamą”, bo tak łatwiej, szybciej… Otwieram słoik i jedzą. Kupuję nowy o cudownym smaku. No cóż. Na oszczędzanie widać przyjdzie pora kiedy indziej…

Kupuję teraz kaszki dla dzieci. I naprawdę się zastanawiam jak z sypanego proszku zalanego wodą może być coś zdrowego i pożywnego dla dzieci…

PS: A tak na marginesie: jestem na etapie wprowadzania jajka. Czy ktoś widział dobre jajko? Bo od szczęśliwych kurek, które nawet miały imiona –  koleżanki synek dostał alergii… Trzymajcie za nas kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *