MACIERZYŃSTWO

O przygotowaniach i o pierwszych tygodniach w żłobku

Niedziela. Wy pewnie sobie smacznie spaliście, a ja z cała moją rodzinką postanowiliśmy zaszaleć. Kto mnie zna, wie, że lubię mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. Dlatego też zdecydowaliśmy się na takie małe szaleństwo, jak w Jamesie Bondzie czy innym filmie o agencie, a może raczej jak w Mission Immposible. To było tak. „Dzień dobry kochanie, dzień dobry, to co jutro wielki dzień? Nooo. Ty do pracy, dzieci do żłobka… To co symulacja? Ok dawaj”. No i w te pędy zerwaliśmy się z mężem na nogi. Ja kierunek łazienka, on kuchnia. Ja ubieram się, maluję itp. On robi śniadanie dla nas. Daję mleko dzieciom, sama w biegu jem, piję herbatę, ubieram dzieci. Schodzimy z tobołami, ja z wielką torbą z książkami, M. bierze rzeczy do żłobka. Zerkam na zegarek i naprawdę czuję się jakby było już jutro, a raczej dzisiaj. „Zbieranie się” zajmuje nam wszystkim godzinę. W końcu schodzimy. M. bierze Szyma na ręce i zbiega, ja staram się z Hanią tak samo, ale uparła się, że sama zejdzie, fakt zawsze sama schodzi ze schodów…dlaczego tym razem miałoby być inaczej. M. wraca po nas. Trochę to trwa. Mówię, że trzeba doliczyć 10 minut na schodzenie Hani po schodach. W końcu to trzecie piętro… M. bajeruje Hanię i daje mu się nieść. Tłumaczymy im, że teraz codziennie raniutko będziemy wstawać i jechać autem do żłobka. Jedziemy. Wszyscy. Chcemy w ten pierwszy dzień być razem wszyscy. Razem z mężem chcemy zaprowadzić je do żłobka. Podjeżdżamy pod żłobek. Zajęło nam to pół godziny. Trzeba doliczyć jeszcze korki…no to tak z pół godziny. Teraz wyciąganie wózka, rzeczy, krótka rozmowa z paniami, nakładanie kapci, krótkie pożegnanie. Z 15 minut. No i teraz czy zdążę czy nie? Czy zdążę do pracy? Męża nie zabiją gdy się spóźni, ja nie mogę sobie na to pozwolić. Jedziemy jednym samochodem, nie wiem czy to dobry pomysł. Patrzę nerwowo na zegarek. Liczę co do minuty…Ile nam to zajmie? Hmmm… Podjeżdżamy pod pracę. Jego. Moją. Szukamy pustego parkingu. Kiepsko z pustymi miejscami parkingowymi. Wracamy – znów mierzę czas.

To tylko próba, symulacja pierwszego dnia pracy i żłobka. Zmierzyłam, że muszę wstać o 5:15, bo pierwszego dnia muszę być wcześniej i nie chcę się stresować, że coś poszło nie tak.

Jak było naprawdę?

Symulacja okazała się potrzebna, ale z doliczaniem czasu trochę przesadziłam. W żłobku spędziliśmy 5 minut, szybkie rozbieranie, buzi, krótkie pożegnanie i już. Nie trwało to z 15 minut, nie było czasu na rozmowy z Paniami, bo one także miały ręce pełne roboty. O dziwo o tej porze nie było jeszcze korków i do pracy dotarłam szybciej niż się spodziewałam. Jak przeżywałam pracę? Ciągle myślałam o swoich dzieciach i myślałam o tym, że jak to wszystko się skończy to szybciutko po nie pojadę. Myślałam ciągle o tym jak sobie radzą, czy płaczą itd. Jak się trzymałam? Myślę, że nieźle. Nie uroniłam żadnej łzy, nie robiłam histerii, pożegnanie z dziećmi było krótkie i ciągle się do nich uśmiechałam i zapewniałam, że przyjdzie po nie ciocia i życzyłam im miłego dnia. Czego nie przewidziałam? Nie przewidziałam tego, że niania – ciocia nie odbierze mi dzieci (nie odbierze ze żłobka, bo nie będzie mogła), nawet nie zakładałam takiej opcji… Na szczęście M. stanął na wysokości zadania i jakoś się pozwalniał z pracy i szybciej po nie pojechał. Gdy dotarł do żłobka okazało się, że dzieciaki akurat nie płaczą i mają się dobrze, jedzą itd., więc zostawił je na dłużej. W sumie dobrze się stało, bo przyjechał po mnie i razem je odebraliśmy. Ryczały strasznie, ale cieszyłam się, że razem je odwieźliśmy i razem je odbieramy.

Pierwsze tygodnie w żłobku

Z góry już muszę zapewnić, że tego się nie spodziewałam. Owszem, wiedziałam, ze będą chorować, wszyscy mnie o tym zapewniali. Jednak nie spodziewałam się, że moje dzieci pochodzą do żłobka tylko 3 dni. Tak, tylko 3 dni, bo czwartego dnia wylądowaliśmy już u lekarza i były chore. Miały kaszel i katar. Obydwoje mocno przeziębieni. Lekarka zastanawiała się nad antybiotykiem. – Antybiotyk? – Myślę sobie, nie, one nigdy nie miały antybiotyku… Na szczęście obyło się bez niego i jakoś się przykulaliśmy, ale adaptacyjny wrzesień już się powoli kończył, bo prawie 3 tygodnie dzieciaki leczyły się z choroby. Nawet zrobiłam eksperyment bliźniaczy – Hania miała już się dobrze, więc ją puściłam do żłobka, a Szymka zatrzymałam w domu. Sprawdziło się nieźle, ale Hania po dwóch dniach znów była chora. Dopiero wtedy poczułam co to znaczy mieć chore dzieci. Pobudka co pół godziny lub co godzinę, a rano trzeba jakoś wstać i funkcjonować w pracy. To była istna masakra. Z M. chodziliśmy jak zombie. Starałam się ukryć zmęczenie pod makijażem, ale nie chciało mi się uśmiechać z rana. Nie wiem co o mnie myśleli w pracy, zapewne niezbyt dobrze wypadłam, ale to już dla mnie aż tak bardzo się nie liczyło. Cieszyłam się, że w tych ciężkich dla nas chwilach nasza niania-ciocia była z nami i zostawała z dzieciakami i, że nie musiałam iść na zwolnienie. Trochę głupio by było iść w pierwszym tygodniu pracy na zwolnienie…

Jak było potem?

Poszliśmy znów do żłobka po 3 tygodniach absencji. Postanowiliśmy z M. wozić je razem. Dobrze się wszystko układało, bo jego praca była po drodze, więc najpierw zahaczaliśmy żłobek, potem jego pracę i dalej jechałam sama do swojej. Z każdym dniem okazywało się, że wstawanie o 5:15 to przesada, bo ja i tak nie miałam ochoty o tak wczesnej porze jeść śniadania, więc M. robił mi kanapki, ja w tym czasie ubierałam dzieci i jakoś to szło. Naprawdę z wielkim luzem wstaję o 5:30 i mam dużo zapasu, że nawet wstawanie o 6:00 byłoby ok. Ale wstaję raczej o 5:30. Okej, jak dzieciaki? Szymo ciągle płakał i płakał. Siadał na ławeczce w żłobku, na której ściągaliśmy mu buty, przypominał sobie gdzie jest i zaczynał swój lament. Hania w sumie po tygodniu przestała płakać, ale czasem pod wpływem płaczącego brata też się rozpłakiwała. Po tygodniu Hania zaczęła wchodzić sama do grupy. To był dla mnie wielki postęp. Już Pani nie musiała mi jej wyrywać z rąk, tylko sama spokojnie, bez płaczu szła, a ja patrzyłam jak moje dziecko staje się samodzielne i nawet za mamą się nie obejrzało. Dużo gorzej było z Szymkiem, on wyraźnie pokazywał, że przebywanie w żłobku bardzo mu się nie podoba. Przez chwilę zastanawiałam się, czy puszczenie go do żłobka to był dobry pomysł. Pochodziły tydzień i znów chore… Tydzień chodziły, tydzień w domu… Miałam wrażenie, że nasza adaptacja do żłobka dobrze się nigdy nie zaczęła, a one znów chore i się odzwyczajają i znów wszystko na nowo. W pracy kocioł, siedziałam po nocach, by wyrobić się z papierami, gdy tylko przykładałam głowę do poduszki budziły się dzieci. Przeżywały żłobek, budziły się w nocy lub były chore i dlatego się budziły, bo nie mogły spać. Ciągle coś. Przez chwilę zastanawiałam się czy mój powrót do pracy to dobra decyzja… Hania znów poszła sama do żłobka. Pani zasugerowała, żeby ją zostawiać już na dłużej na spanie, bo ona już fajnie się zaaklimatyzowała. Szymo wrócił po chorobie i „z grubej rury” z Hanią został na spanie. Nie miał czasu na przestawianie się, bo ten czas przechorował w domu.

Powoli się stabilizuje

Po kolejnym tygodniu, a pierwszym bez choroby (nawet nie wiedzie jaka to radość tydzień bez choroby) nagle dzieciaki przestały tak przeżywać ten żłobek. Hania na wieść o tym, że idziemy do żłobka uśmiechała się i wołała „dzici” co w jej języku znaczy „dzieci”, a Szymo wołał „dada” co w jego języku znaczy „wychodzimy”. Siadając na ławeczce już nie płakał, tylko czasami chwilę pomarudził. Doczekałam takiej chwili, gdy moje dzieci razem wchodziły bez płaczu do sali i wychodziły z niej bez płaczu. To było coś. Wow.

Jak jest teraz?

Jest połowa października. Dzieci nadal chodzą „w kratkę”. Hania ostatnio dostała swój pierwszy antybiotyk w życiu. Nie jest lekko. Dostrzegam plusy i minusy chodzenia do żłobka. Mam nadzieję, że w końcu nabiorą odporności i przestaną tak dużo chorować, bo płacenie za żłobek i za nianię niezbyt mi się uśmiecha. Ale wszystko trzeba przeżyć i się nie poddawać. Na razie ciągle walczymy. W sumie to ja walczę, walczę o swój spokój. Spokój psychiczny. Chwilę dla siebie, chociażby to była chwila w pracy. Pracę swoją lubię, więc może się uda to wszystko pogodzić. Ale bez pomocy bliskich byśmy nie przetrwali tego pierwszego miesiąca. Bez pomocy niani-cioci, bez pomocy siostry M. i bez pomocy mojej mamy, bo te osoby poświęciły swoją pracę, by nam pomóc i zająć się naszymi dziećmi, bym ja mogła wrócić do pracy. Jestem im bardzo wdzięczna, bo dzięki nim jeszcze mnie nie wyrzucili z mojej nowej pracy ;P

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *