PRZYGODY

PECHOWY DZIEŃ

Nie wiem czy już mówiłam, że jestem pechowcem, tzn. bardziej miewam szczęście w nieszczęściu, czy coś takiego… No na przykład wczoraj. Taka sytuacja: spieszymy się do szpitala, bo Szymek ma ważny pobyt w szpitalu przed operacją, najpierw kardiologia, potem chirurgia. Łódź. Przyjechaliśmy dzień wcześniej późnym wieczorem, żeby tak na spokojnie było. Dzięki uprzejmości znajomych mamy gdzie mieszkać. Oczywiście przyjechaliśmy całą czwórką. Ok, do rzeczy.

Poranek

Rano – stres i strach, że się spóźnimy, a przecież tak długo na tę wizytę i operację czekaliśmy. Już mamy wychodzić, dzieci nakarmione, w fotelikach, gdy nagle patrzę na Szymka, a on cały mokry… No szlag by to… Tak jak nie ulewa, to dzisiaj musiał sobie całą bluzkę ubrudzić. Wyciągam go i przebieram. Ok. Nic się nie stało. Zbieramy się. M. ma zamiar pracować zdalnie, ale orientuje się, że nie wziął zasilacza do laptopa. Hmmm. I co teraz? Chyba weźmie urlop. To wszystko nieważne, spieszymy się, szpital czeka. Tak jak wspominałam przenocowaliśmy w Łodzi, tu są takie dziwne drzwi, zamykają się automatycznie. Ja zbiegam z torbami i plecakiem, M. ma wziąć dzieci. Jestem już dwa piętra niżej i nagle słyszę M. Szuka kluczy. Oznajmia mi, że chyba je zatrzasnął w mieszkaniu. O matko!!! Klucze czy dzieci? A gdzie dzieci? Pytam gdzie dzieci? Nie słyszę ich. M. się nie odzywa. Myślę sobie: – Chyba go zabiję, jak zatrzasnął dzieci w mieszkaniu razem z kluczami. Nagle patrzę schodzi z dziećmi w fotelikach. Ufff. Dobra, to nieważne. Spieszymy się do szpitala. Wiem, że sąsiad ma klucze, więc jestem spokojna o to, że jakoś wejdziemy potem do mieszkania. Myślę sobie – to wszystko nieważne – ważne, żeby zdążyć do szpitala. Idziemy, ja obładowana torbami, M. z fotelikami. M. idzie i mówi:  – Oooo zobacz, komuś nałożyli blokadę na koła, ale by były „jaja” jakby okazało się, że nam. Podchodzę bliżej… Domyślacie się? Oczywiście, że nam! Kto mnie zna, to wie, że ja raczej nie przeklinam, ale w tym momencie samo mi się nasunęło na usta. No tak… Przedwczoraj przyjechaliśmy późno, nowe miasto, nowe miejsce, nie było gdzie zaparkować, no i okazało się, że stanęliśmy dosłownie z 15 cm za zakazem zatrzymywania się. Nic nie było widać, drzewa zasłaniały znak.

Długo nie myślałam, zadzwoniłam po taksówkę, M. po straż miejską, by zdjęli blokadę. Razem z synkiem dojechałam taksówką do szpitala. M. został z córką i torbami. Na szczęście powiedział przez telefon, że spieszy się do szpitala z dzieckiem i szybko przyjechali. Wszystko skończyło się dobrze, ale dzień był pełen wrażeń.

Do szpitala zdążyliśmy, ale byliśmy chyba jedni z ostatnich na liście oczekujących.

Wieczór

W nocy, w szpitalu niechcący połamałam leżak i musiałam spać na takim połamanym, ale w sumie daliśmy radę 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *