MACIERZYŃSTWO

PRZEBOJE ZE ŻŁOBKIEM I NIANIĄ

Mija właśnie rok odkąd bliźnięta są z nami. Sama nie dowierzam, że to już, strasznie szybko zleciało. Mam wrażenie, że nie na przytulałam się ich małych ciałeczek dość wystarczająco, nie zdążyłam czegoś zrobić… Już minęło. Mają roczek. Piękny czas. Czas najszybszego rozwoju dzieci…

Mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że jestem z Nas dumna. Z nas wszystkich, z siebie też. Daliśmy radę. Daliśmy radę szpitalom, problemom zdrowotnym, rehabilitacji itp. Daliśmy radę sami bez windy, bez podgrzewacza, bez farelki, bez 5 smoczków, i co najważniejsze bez chorób. Strasznie się cieszę, że moje dzieci nie chorowały, to podobno bardzo istotne dla odporności, gdy dzieci nie chorują przez pierwszy rok. Nam się udało, nie wiem jak, bo mieliśmy masę innych problemów, wizyt u lekarzy, szpitali, badań, ale bez zwykłych chorób – ma się rozumieć dzieciaki nie miały kaszlu, gorączki spowodowanej chorobą itp. No, rozumiecie.

Powrót do pracy?

Zaczęłam myśleć o pracy, mam o 3 miesiące dłuższy macierzyński ze względu na bliźniaki – i powiem Wam, naprawdę nie wiem co zrobię. Wracać, nie wracać? Oto jest pytanie. I chciałabym, i nie… W mojej głowie zaświtało milion pomysłów i każdy z nich postanowiłam zrealizować (szaleństwo…).

Po pierwsze: Może żłobek? Wiem, wiem, zaraz powiecie, że jestem wyrodną matką, jak można małe dzieci oddać do żłobka, do tego mały jeszcze serduszkowy, że choroby będą, że raz jedno będzie chore, raz drugie i nici i tak z pracy…

Mam trochę odmienne zdanie, znając chorobę Szymka i konsultując się z kardiologiem mogę śmiało puścić synka do żłobka, poza tym, uważam, że półtoraroczne dzieci dadzą sobie radę w żłobku, a poza tym są razem, jest im raźniej. Wiadomo, że boję się chorób, ale tego nie uniknę, nie będę ich trzymać pod kloszem.

Żłobek podejście pierwsze

Poszłam wybadać pobliski żłobek. Warunki, hmm, udałam, że nie widzę, za to kadra wydaje się miła, jest domofon, drzwi zamknięte, nikt nie ucieka z sali, więc jest ok. Najpierw rejestracja online. Potem w ciągu 2 tyg. musiałam donieść wniosek i resztę dokumentów. Wysłałam M., bo ja nie miałam kiedy i jak. Po prostu nie mieliśmy z kim zostawić dzieci. M. pojechał w drodze do pracy. Wiedziałam, że trudno się dostać, że koleżanka zapisała dziecko i jest na 100 miejscu w kolejce, ale co mi za szkodzi spróbować. M. zaraz napisał mi smsa, że wniosku nie przyjęli, bo Szymo ma niepełnosprawność. Hmmm… Okazało się, że dzieci z orzeczeniem mogą iść tylko do żłobka integracyjnego. Przez chwilę pożałowałam, że tak szybko mu ten wniosek załatwiliśmy, teraz młody będzie miał z wszystkim pod górkę. Po dyskusji z Panią Dyr. okazało się, że najlepiej będzie, a wręcz zmuszona jestem, by przenieść dokumenty Hani i Szymka do żłobka integracyjnego…

Żłobek podejście drugie

Znów się logowałam, znów wypełniałam, a raczej poprawiałam wniosek online i zmieniałam na żłobek integracyjny obydwojgu bliźniakom. Przecież ich nie rozdzielę, i chociaż wiem, że na te czas Szymek rozwija się prawidłowo i nie widać po nim choroby, nie mam pewności jak będzie za kilka miesięcy, więc godzę się z tym, że posyłam go do integracyjnego. Pocieszam się, że zawsze to przecież bezpieczniej, więcej opiekunów itd. Tym razem jadę. Pakujemy dzieciaki w samochód i po rannej wizycie u neurologa jedziemy do żłobka. Na szczęście nie jest od naszego domu aż tak bardzo oddalony. Nowoczesny domofon, przeszklony korytarz, bardzo dużo wyznaczonego miejsca na wózki w środku żłobka, wszystko odnowione, kolorowo i przytulnie. Spotykam opiekunkę, ma ogoloną głowę i kucyk na jej środku, ale jest bardzo miła i szybko udziela mi informacji gdzie mam iść. Wchodzę po schodach do P. Kier. Na górze też jest sala, zerkam na nią, niby, że błądzę. Nasłuchuję: nikt nie płacze, słyszę tylko tłum dzieci, miłą ich krzątaninę, więc wchodzę do pokoju P. Kier. I co? Nie ma jej. Na urlopie… Aj, ja to zawsze mam szczęście. Ale jest pani na zastępstwie, odbiera ode mnie dokumenty i zapisuje na listę. W domu mam znów się zalogować i sprawdzić naszą pozycję. Teraz co dwa miesiące będziemy dostawać powiadomienia i mamy 7 dni na potwierdzenie, czy nadal jesteśmy zainteresowani.

Podejście trzecie

Jeszcze go nie było, miało być dzisiaj… ale na pewno jeszcze będzie, bo po sprawdzeniu naszej pozycji okazało się, że Hania jest 4 w kolejce, a Szymon był 19. Wczoraj sprawdzałam i jest już 32. Heh. Jak to możliwe? Przecież to żłobek integracyjny i to on ma orzeczenie, więc to chyba on powinien mieć pierwszeństwo. Nie wiem, muszę to wyjaśnić z P. Kier, bo czegoś tu nie rozumiem. Tylko muszę zagospodarować sobie czas, żeby tam pojechać…

Czas, gdy mam to zrobić

Jak mam jechać do żłobka, gdy nie mam z kim zostawić dzieci, a M. teraz dużo i długo pracuje. Nie mam nawet kiedy iść do ginekologa, co ja gadam, ja nawet nie mam spokoju w łazience i w toalecie. Znacie te horrory z dziećmi. Siedzisz na kiblu, robisz swoje, a tam spod drzwi wynurza się mała rączka, która chce Cię dopaść, a potem druga, a później czujesz, że jest tam ktoś jeszcze, że za drzwiami czai się jeszcze jedno dziecko… No, tak mniej więcej. No i pod drzwiami mam 4 rączki, które koniecznie chcą się do mnie dostać…

Wspominki

Czy to był trudny rok? I tak i nie. Nie pod względem opieki nad dziećmi, akurat tutaj nie mam na co się skarżyć. Jestem zorganizowaną i poukładaną osobą, a moje dzieci póki co przesypiały noce, nie uskarżały się na ząbkowanie, jadły co im dałam, więc „żyć nie umierać”. Słyszałam: „Pierwszy rok najgorszy”. Fakt, było dużo latania po lekarzach, rehabilitacji, szpitali, nerwów, trosk, ale nie było mi chyba tak ciężko jak teraz. Teraz moje dzieci wstały i zwiedzają całe mieszkanie. Nie należą do dzieci „posadzisz, dasz zabawki i się bawi”, w duecie zawsze są w ruchu, są wszystkiego ciekawe. W rezultacie stoję w kuchni mieszając zupę, a jednej nogi trzyma się Szymo, drugiej Hania. Jedno i drugie przemieszcza się w inną stronę, nie wiem kogo mam gonić i łapać. Szymo ma już całą paletę na czole, całą paletę kolorów siniaków, stuka się o wszystko i ciągle mu mało. Nie jestem w stanie go uchronić, gdy Hania gania jak szalona po mieszkaniu. Naprawdę jest zabawnie, są kochane, gdy robią „pa,pa”, przybijają piątkę, klaszczą, śmieją się, ale nie jest mi zabawnie, gdy moje dzieci stukają się w główkę lub lecą na nią w miejscu, gdzie jest twarde podłoże.

Po drugie: Może niania? Decyzja o niani, wzięła się z problemów wynikających z wyjść, a raczej ich braku. Mieszkamy na 3 piętrze bez windy, i schodzenie z dwójką 10 kg dzieci + nosidełka to dla mnie wielkie utrapienie. Poza tym zbliżają się kolejne wizyty lekarzy, wyjazdy i turnus rehabilitacyjny. M. już nie jest w stanie zwalniać się z pracy, by mi pomagać, a ja cóż… już się nie rozdwoję. No i czas w końcu zadbać o siebie!

Niania

Znajoma opowiadała mi o pewnej starszej pani, która była nianią dziecka ich sąsiadów i zapewne myśląc, że się dorobi podkradała im cukier, przyprawy, pieprz, sól. Druga niania nieświadomie nagrana dyktafonem przez znajomych odezwała się do dziecka tylko jeden raz, za to przez cały dzień oglądała telewizję. Tak, tak, znacie pewnie mnóstwo takich historii.

Szukamy niani idealnej

Zaczęłam od znajomych, może ktoś coś wie, słyszał, może poleci, może zna idealną nianię. Mijały tygodnie. Nic, „cisza w eterze”. Ktoś mi polecił portal zajmujący się wyszukaniem niań. Ok, zalogowałam się, zapłaciłam 60 zł za dwa tygodnie dostępu do kontaktów niań. Minął tydzień. Nic. Napisałam już desperacko do 5 niań, które nawet „po opisie” mi się podobały. Do jednej zadzwoniłam, już byłam umówiona na rozmowę, ale ta biedaczka się rozchorowała, wysłała mi smsa i chyba zapomniała, że miała mnie odwiedzić, gdy wyzdrowieje. No cóż. Nianie boją się bliźniąt, nianie nie chcą pracować za najniższą krajową, nianie dziś się cenią, ale znaleźć jakąkolwiek to trudna sztuka. Po jakimś czasie jedna z upodobanych przeze mnie niań odezwała się do mnie. Udało się spotkać. Umówiłyśmy się na kilka dni próbnych. Byłam w domu, więc miałam ją na oku. Młoda, sympatyczna, uśmiechnięta, dyspozycyjna, i co widać – lubi dzieci. Byłam w domu, w spokoju ugotowałam obiad, miło się mię z nią rozmawiało. Nie przestraszyła się nawet dźwigania na trzecie piętro jednego z moich dzieci (ja miałam drugie).

Nasza niania?

Podoba mi się. Była u nas trzy dni. Udało mi się jechać z Szymkiem na rehabilitację, gdy ona zajmowała się Hanią w domu. Jestem w domu i nadzoruję, obserwuję, rozmawiam, pokazuję. Musimy się lubić, bo inaczej „nici ze współpracy”. Naprawdę się ucieszyłam, że nie należymy do jednej z tych historii o nianiach, że nas to nie dotyczy.

Po trzecie: Dzisiaj zostaję w domu? Dzisiaj postanowiłam, że pojadę do żłobka, zapiszę się w końcu do lekarza, porobię sobie wyniki, wyjdę z domu, gdy słońce świeci i zostawię na chwilę nianię z dziećmi. Niania się rozchorowała. Podobno ma antybiotyk. Napisała smsa, że nie przyjdzie, bo jest chora. Boję się „powtórki z rozrywki”. Ucieknie od nas? Czy naprawdę jest chora? Tego nie wie nikt… Dobrze jej z oczu patrzy, ale trzy dni to za mało, by kogoś poznać. Dzisiaj zostałam sama jak zawsze. M. wrócił z pracy po 20. A ja od rana z dziećmi, sprzątanie, gotowanie, prasowanie. Dzień jak co dzień. Cały rok bycia bez pomocy nauczył nas radzić sobie z sytuacjami, gdy zostaję sama z dziećmi przez caluśki dzień. Czasami czuję się, jakbym miała męża marynarza… I wiecie co? Dzieciaki jakby wyczuły, że dziś mamie należy odpuścić, nie broiły, słuchały się, co prawda przy jedzeniu zrobiły „armagedon” w kuchni, ale to już chyba norma. Godzina 18. Czas kąpania. Jakoś sobie poradziłam, Szymek wylądował w łóżku z karuzelą, ja w tym czasie kąpałam Hanię w łazience, potem na odwrót. Najgorzej, że jeść chciały w tym samym momencie. Posadziłam jedno i drugie na sobie, butelki z mlekiem, trzymałam łokciem i jedną dłonią, drugą ręką przytrzymywałam Szyma, by mi nie zleciał. Jakoś poszło. Najgorzej było, gdy Szymek wytrącił mi butelkę z ręki, a ona jak na złość poturlała się daleko, daleko. Musiałam zburzyć naszą konstrukcję. Na szczęście już się trochę najadły, wiec skończyły jedzenie oddzielnie. Skończyłam karmić Szymka butelką, potem wzięłam na ręce Hanię i dokończyłam karmienie. Położyłam jedno i drugie do łóżeczek. Zaśpiewałam, dałam buziaka na dobranoc, zgasiłam światło. Nie uwierzycie, ale same zasnęły. Były padnięte jak muszki. Na szczęście nie musiałam nikogo nosić, ani bujać.

By umilić sobie ten piątek, piątek samej, bez M. i bez niani zrobiłam sobie herbatkę (godz. 20.30) zapaliłam świeczkę i pomalowałam to co dawno miałam pomalować. Niewiarygodne, że to było 9 miesięcy temu…

A co z nianią? Zobaczymy. Wierzę jeszcze w ludzi. Może faktycznie jest chora? Nie można tak szybko skreślać ludzi. Przecież mi się podobała, ładnie mówiła do dzieci i bawiła się z nimi. Może uda mi się jeszcze pojechać do żłobka i do ginekologa 😉

3 thoughts on “PRZEBOJE ZE ŻŁOBKIEM I NIANIĄ

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *