MACIERZYŃSTWO

PRZED I PORÓD

Bardzo chciałam urodzić naturalnie. Naprawdę, uważałam, że to najlepsze dla mnie i dla dzieci. Gdy okazało się, że jestem w ciąży mnogiej i że dzieci są dość spore mój lekarz mnie od tego odwodził. Chciałam się zmierzyć sama ze sobą. Czy dam radę. W ciąży doskonale się czułam, prawie bez żadnych trudności przebrnęłam przez 7 miesięcy. Dam radę. Lekarz znów swoje. Zwątpiłam. Przecież ma trochę racji.

Mam w brzuchu bliźniaki

Tyle się słyszy o niedotlenieniu drugiego bliźniaka albo komplikacjach… może odpuszczę. Przecież zależy mi bardzo, by wszystko było dobrze. 8 miesiąc – jestem na wizycie. Mój Doktor stwierdził, że już długo nie pociągnę. Brzuch mam duży. Wstyd, bo nie mogłam zejść z łóżka ginekologicznego. Na szczęście i ja i lekarz mamy poczucie humoru 🙂 Planuje mi cięcie cesarskie pod koniec marca. Zaczęłam 34-tydzień ciąży. Brzuch mi się opuścił i zaczynam się naprawdę bać. Z jednej strony cieszę się, że tyle dotrzymałam i jestem „na chodzie”. Cieszę się, że już niedługo przytulę moje dzieci, ukołyszę je, a z drugiej strony boję się porodu. Za namową męża i rodziny zgadzam się na cesarskie cięcie. Czuję, że opadam z sił. Tak ciężko mi wchodzić po schodach, a mieszkam na III piętrze. Odpuszczam. Niech się dzieje co chce. Wizyta kontrolna. Lekarz zaniepokojony mówi mi, że jestem „tykającą bombą zegarową”. Nie, jak to… Przecież to 35 tydzień. To jeszcze za wcześnie. Tak się boję, że płuca dzieci nie są rozwinięte i że będą w inkubatorze, że będą problemy… Strach mnie obleciał. Lekarz się ze mnie śmieje, że przecież musi to kiedyś nastąpić. No tak… – myślę sobie… Ale mi w sumie dobrze, w tej ciąży- boję się panicznie. Doktor każe mi przyjść za 3 dni do szpitala na kontrolę i nie ukrywa, że jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że wtedy urodzę. Mam być spakowana i gotowa. Ok, będę. Już od trzech miesięcy jestem spakowana do szpitala. Wolałam być zapobiegliwa. Nie chciałam pakować się w pośpiechu.

Przed porodem

Moi rodzice przyjechali. Z nadzieją oczywiście, że urodzę. Akurat był weekend.  Czułam, że idę pod nóż. Od kilku tygodni miałam skurcze przepowiadające. Wchodzę. Szukam z mężem mojego doktora. Gdzieś zajęty. Każą mi podpisać dokumenty, przebrać się w piżamę. Myślę sobie, ale jak to… Przecież lekarz miał mnie zbadać najpierw, a potem stwierdzić czy to już. Położyli mnie w tym worku na salę porodową, podłączyli pod KTG. Czuję wyraźnie jak ruszają się moje dzieci i jak mi skacze i im ciśnienie… Leżę, zimno mi. Mąż na szczęście jest przy mnie. Poprosił pielęgniarkę, żeby ze mną być. To cudownie. Uśmiecha się do mnie i mnie ciągle wspiera. Trzyma za rękę. Obok słyszę jak kobieta jęczy z bólu. Nie,  nie krzyczy, nawet cicho rodzi. Ale to tyle trwa. Każda minuta ciągnie mi się jak godzina. Ile ja już tu leżę, gdzie jest mój lekarz? Rany boskie… To już godzina jak leżę z tymi pasami obwiązana na brzuchu, a brzuch mam duży. Nic się nie dzieje. Orientuję się, że kobieta obok urodziła. Słychać jej dziecko. Uśmiecham się do męża. Kolejne minuty strasznie się ciągną. Wydaje mi się, że leżę już cały dzień. Przyszedł lekarz. Ufff. Jestem uratowana. Zbadał mnie. Mówi: „Droga Pani, będziemy dzisiaj rodzić”. Poszedł. A ja znów leżę i nic się nie dzieje. Znów przyszedł lekarz. Przeprosił, że tak długo, ale ma porody naturalne i musi je odebrać. Ok. Rozumiem. Poczekam, poleżę. Mama, tata i mąż wchodzą do mnie na zmianę. A ja leżę podłączona pod KTG i nic. Czułam jakby dzieci same zaraz miały mi wyskoczyć przez pępek. Te czekanie mnie dobija. Z tego stresu dostaję drgawek. Tak już mam. W końcu po dwóch godzinach przychodzi lekarz. Zabierają mnie na salę operacyjną. Już tutaj zostaję sama z lekarzami. Macham rodzinie na do widzenia. Jeszcze raz błagam męża o to, żeby był przy dzieciach  gdy się urodzą, żeby był przy każdym badaniu itd. Mnie w tym czasie będą zaszywać.

Moje cięcie cesarskie

Leżę na stole. Najpierw zastrzyk w plecy przy kręgosłupie, z dwóch stron. Nie mogę się usadowić z tym brzuchem. Pani się denerwuje, że siedzę krzywo… a mi tak zimno. W końcu udało się. Wbrew pozorom nie bolało wcale aż tak mocno. Kładą mnie na wznak. Przyczepiają ręce pasami. Zasłaniają parawanem. Czuję ciepło. Narkoza zaczyna działać. Jestem zupełnie świadoma. Szukam jakiejś osoby, której oczy mnie uspokoją. Patrzę błagalnym wzrokiem na anastezjolog, jej głos, że wszystko idzie dobrze mnie uspokaja. Niech do mnie mówi. Czuję nagłe szarpnięcia brzucha, porządne szarpnięcia, aż mną trzęsie. Wiem, czuję, że mnie kroją. Patrzę na miny lekarzy. Są skupieni. Boję się ciągle. Mówią coś do siebie, ale nie słyszę, bo mówią cicho i do siebie, a sprzęt, który szumi ich zagłusza. Czy wszystko jest ok? Patrzę na anastezjolog. Zagaduje mnie. Pyta jak dam na imię dzieciom. Widzi strach w moich oczach. Uśmiecham się do niej, choć wcale mi nie do śmiechu. Czuję, że mi je wyciągają. Doktor pokazuje mi Hanię przez parawan. Mówi: „Ma Pani córkę”. A ja patrzę na nią i płaczę. Płaczę ze szczęścia. Za minutę „Syn”. Patrzę na niego i jeszcze bardziej płaczę. Widzę je tylko kilka sekund, ale tego obrazu nigdy nie zapomnę. Nagle panika mnie ogarnia. Nie słyszę ich płaczu, one nie płaczą. Pytam się czy wszystko z nimi dobrze. Wszyscy się uśmiechają i mówią, że tak, że są piękne. Boże jaka jestem szczęśliwa. Zabierają je. Wiem, że mąż jest i, że teraz będą z nim. Będą bezpieczne. Leżę ciągle i się uśmiecham. Mam ciągle drgawki ze stresu, ale już mi lepiej. Szycie nie jest przyjemne. Trochę nawet czuję te szarpnięcia. Patrzę na skupione twarze lekarzy. Są cali zakrwawieni. Widzę tylko ich do połowy. Anastezjolog -kochana- mnie uspokaja. Gładzi po ręce. Dziękuję Bogu, że tu jest. Wydaje mi się, że znieczulenie przestaje działać. Oczywiście tylko mi się wydaje. Mówią, że wiedzą, że to nieprzyjemne. Myślę ok- jest wszystko dobrze. Zaraz pojadę do dzieci. Jaka jestem szczęśliwa! Mam dwoje dzieci, dwoje upragnionych dzieci! Nie tracę przytomności. Nie chcę spać. Chcę je zobaczyć. Przewożą mnie do innej sali. Przychodzi mąż. Opowiada mi o nich. Czekam na nie. Dają mi morfinę. Nie śpię, nie odlatuję. Chcę je uściskać. Czekam. I w końcu położna przynosi mi je. Hanię i Szymonka – kładzie mi je na piersiach. Leżymy. Płaczę ze szczęścia. Ogrzewamy się. Mąż trzyma mnie za rękę. Potem on kanguruje Hanię, i tak na zmianę. Jeszcze nie dowierzam. Patrzę na nie jakie są śliczne. Jestem szczęśliwa!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *