MACIERZYŃSTWO

ROCZEK I POSTANOWIENIA – ODSMOCZKOWANIE DZIECI

Ostatnio hucznie obchodziliśmy urodzinki naszych dzieci. Długo zastanawiałam się jak chcę, by wyglądała taka impreza. Pierwsza opcja to oczywiście przyjęcie w domu i przystrojenie mieszkania, co bardzo lubię robić;) Po wstępnych obliczeniach wyszło nam 20 gości. Wow, dużo. Nikt poza dziadkami, chrzestnymi i naszym rodzeństwem, ale i tak uzbierało się 20 osób… Długo myślałam gdzie położę gości spać, jak wszystko zorganizować, by przede wszystkim dzieci miały frajdę tego dnia, a nie – żeby plątały się pod nogami… W końcu to ich święto. Jak już wspomniałam długo rozważaliśmy gdzie i jak to zorganizować. W końcu stanęło na tym, że imprezę zrobimy w naszym rodzinnym mieście, a nie tu gdzie aktualnie mieszkamy. Dlaczego? Po pierwsze: prawie wszyscy nasi goście są stamtąd i nie będzie problemu z ich dojazdem do nas, po drugie trudno byłoby nam się zmieścić w naszym mieszkaniu, po trzecie musiałabym ugotować i męczyć się w kuchni dla 20 osób. Chciałam, aby goście sie najedli, więc musiało by być dużo przekąsek i w dodatku wszystko pyszne. W rezultacie stanęło na tym, że robimy imprezę w lokalu, w rodzinnym mieście, bo ja też chciałam odpocząć i cieszyć się tym dniem, a nie umęczona w garach witać gości i nie mieć czasu na zabawę z dziećmi, bo byłabym kelnerką itd. Wiecie o co chodzi. Obliczyliśmy, że stać nas i nasz domowy budżet da radę by wydać na urodzinki w lokalu. Jedyne co sobie wymarzyłam to sama ustroić lokal. Miałam jakąś wizję przystrojenia i nie chciałam sztampowych różowo-niebieskich ozdóbek. No cóż. Już taka jestem. Lubię detale i coś innego. Wbrew pozorom wymyślenie dekoracji zajęło mi najmniej czasu, miałam większy problem w co ubrać dzieci siebie 😉

Wystrojenie dzieci

Powiem w skrócie: synka ubrałam w białą elegancką koszulę, z kompletem szarej kamizelki i spodni i jako „wisienkę na torcie”  została mu nałożona czerwona muszka. Córka miała być ubrana w podobnym tonie, ale szare rajstopki okazały się za wielkie i w ostatniej chwili leciałam do sklepu po inne. W rezultacie córeczka miała czerwone rajstopki, białą elegancką sukienkę, którą przewiązałam czerwoną wstążką. Strasznie zależało mi, aby miała jakąś kokardkę, opaskę czy coś na głowie, ale kucyka nie miałam jak zrobić (córeczka nie ma jeszcze tyle włosków), a opaski i wszelkie ozdoby z głowy szybko sobie ściąga. Bez sensu wydawać było na cudne opaski z kokardkami, jak i tak wiedziałam, że po 2 minutach sama je sobie zdejmie. Jakimś cudem dostałam w sklepie małe spineczki, leciutkie, „ubrane” w taką „a’la piankę” i dzień wcześniej zapięłam tą spineczkę na jakże jej bujne włosy;) – hehe. Spinka była tak mała i lekka, że Hanula szybko o niej zapomniała i nosiła ją przez cały dzień. Ależ się cieszyłam👍 Spineczka oczywiście była w kolorze czerwonym. Byłam zachwycona😊

Zapewnienie rozrywki dzieciom

Potem zastanawiałam się co mam zrobić, by moje dzieci czuły się dobrze, nie marudziły i naprawdę miały frajdę. W domyśle: co mam zrobić, by dzieciaki nie zanudziły się przez 4 godziny w lokalu, wiedząc, że nie lubią i nie są przyzwyczajone do noszenia na rękach i siedzenia na kolankach… Hmmm… Na pewno krzesełka, by sobie usiadły, coś zjadły, by wszystkich widziały. Obydwoje nie lubią długo siedzieć, więc musiałam wymyślić coś jeszcze. I tutaj miałam odpowiedź w domu. Mata! Tak, nasza uwielbiana przez wszystkich mata! To ona okazała się niezawodna w lokalu. Podłoga oczywiście zimna, brudna, a na swojej macie dzieciaki czuły się świetnie. Szybko rozpakowaliśmy prezenty i dzieciaki bawiły się nimi na macie. Mogły się ruszać, nie były „przywiązane” do krzeseł, ani do kolan mamy czy taty. Czuły się swobodnie i mata Babypol okazała się niezawodna! Pisałam o niej już wcześniej tutaj http://mamtakze.pl/mata-do-raczkowania/

Impreza roczkowa okazała się strzałem w 10-tke! Dzieciaki były zachwycone prezentami i towarzystwem, ja wzruszona i usatysfakcjonowana, że mogłam „wyżyć się dekoracyjnie” 😉

 

Nasze postanowienia „po” roczku

Roczek to magiczny czas. Tak wiele się dzieje. Dzieci zaczynają wszystko rozumieć, komunikować się na różne sposoby, mówić pojedyncze słowa, wołać mamę, tatę, babcię. To naprawdę niezwykłe. No i oczywiście wiele się ruszają, są wszystkiego ciekawe i wszędzie chcą wejść, wszystkiego dotknąć, posmakować itd. Stwierdziłam, że są na tyle już duże, że muszę wykorzystać ten magiczny czas na naukę. Wymyśliłam, że w kolejnych tygodniach skupimy się na:

– nauce picia ze szklanki

– pozbyciu się smoczków

– nauce wypróżniania się na nocniku

– nauce samodzielnego sprzątania po sobie zabawek

Odsmoczkowanie dwójki dzieci

Opowiem Wam o pozbyciu się smoczka, bo to był dla mnie chyba najtrudniejszy temat, a jak się okazało wcale niepotrzebnie się przejmowałam.

Był piątek. Niania na stałe zagościła w naszym domu. Pomaga nam od poniedziałku do piątku. Wracamy samochodem z dziećmi ze sklepu. Dzieci śpią. Ja znowu poruszam temat smoczków, że trzeba ich odsmoczkować, że już są przecież duże, że zaraz kończą 13 miesiąc, a logopeda mówiła, że do 14 miesiąca najlepiej odstawić smoki… Gadam, gadam, i nic z tym nie robię. Niania na to: – To spróbujcie dzisiaj, jest weekend, M. Ci pomoże, jakoś się przemęczycie… Myślę sobie, nie, to nie wyjdzie, one są takie przywiązane do zasypiania ze smokami… I to dwójka na raz… Będzie ciężko… Niania na to: – Spróbujcie, im wcześniej tym lepiej… Ja:- No wiem, no wiem… I zdję sobie sprawę, że to chyba ja się przywiązałam bardziej do tych smoków, do dydków, do moniów i jak je tam zwał… Biorę się w sobie i postanawiam, że od dziś koniec ze smokami! Mówię do niani: – Wiesz co? Masz rację! Ciągle gadam o tym, a nawet nie podjęłam próby i wysiłku. Spróbujemy dzisiaj uśpić bez smoków! Tak! Tak zrobię!

 Zawsze ok. 18 zaczynamy kąpanie, wyciszanie, kołysanki, dajemy smoka, kładziemy do łóżka i ok. 19 dzieci przeważnie same zasypiają, same zasypiają, to znaczy są położone do swoich łóżeczek i ze smokiem zasypiają i już, raczej unikaliśmy noszenia, kołysania itd. Naprawdę to było bardzo wygodne, bo o 19 mieliśmy już czas dla siebie i nie musieliśmy nosić naszych ciężkich już dzieci.

Piątek wieczorem: Mówię do M. – Dziś rzucamy smoczki. Musisz mi pomóc. M. na to:- Dzisiaj? No dobra…

O 18 nasze dzieci wcale, ale to wcale nie chciały spać, wykąpaliśmy je ok. 18.40 i położyliśmy do łóżka jak zawsze. Zaczął się ryk. I jedno i drugie. Szymek wkładał do buzi pieluchę tetrową, z którą zawsze zasypia i szukał usilnie smoka. Hania wkładała oko żabki- Przytulanki do buzi i także czegoś jej ewidentnie brakowało. Od tej pory zaczęło się noszenie. Przeczytaliśmy im bajeczkę na dobranoc, pooglądaliśmy kilka książeczek i musieliśmy nosić dzieci, bo same nie chciały spać. Ja tuliłam do snu Hanulkę, a M. Szymcia. Nosiliśmy, nosiliśmy, płakały, śpiewaliśmy kołysanki i po 20 w końcu zmęczone krzykiem i płaczem i późną porą zasnęły. Szymek obudził się ok. 22, ale trochę go pokołysaliśmy i usnął. Uff. Pierwsza noc za nami.

Sobota: Nasze dzieci śpią raz w dzień, przeważnie ok. 10 przed południem. Przeważnie kładliśmy ich do łóżka o określonej porze, dawaliśmy im smoka i zasypiały same w swoich łóżeczkach. W sobotę postanowiliśmy ich nie kłaść, ale je wymęczyć i faktycznie udało się. Hania zaczęła zamykać oczy na krzesełku do karmienia, szybko ją położyliśmy do łóżeczka, podaliśmy ukochaną przytulankę żabkę i po prostu zasnęła. Wow, byłam w szoku, że tak łatwo poszło bez smoczka. Szymka położyliśmy po 10 minutach po Hani, ale nie chciał sam spać, M. go wziął w ramiona i dosłownie 2 minuty i zasnął. Bez problemu odłożyliśmy go do łóżeczka. Nie spały za długo, dosłownie pół godziny. Później cały dzień spędziliśmy na świeżym powietrzu. Wieczorem było przyciemnione światło, kołysanki, czytanie bajeczek i noszenie, kołysanie i z płaczem, ale bez smoczków udało się uśpić dzieci o 20.10.

Niedziela: Była piękna pogoda i koniecznie chcieliśmy znów wybrać się na wycieczkę. Nie wiem dlaczego, ale usilnie chcieliśmy je położyć ok. 11, żeby się wyspały, a one strasznie nie chciały spać, Hania się wiła, rzucała, płakała, żaliła, Szymek strasznie ryczał i krzyczał. To był chyba najtrudniejszy czas. Trwało to trochę, aż w końcu wpadłam na pomysł, by dać im mleczka to zasną. Szymek faktycznie po mleku uspokoił się i zasnął- myślę, że z tego płaczu bardziej…, a Hania wcale, a wcale. Hania nie spała do 13. Później wybraliśmy się na wycieczkę i w samochodzie usnęła bez problemu. Na szczęście wieczór okazał się dla nas łaskawy, bo udało się je uśpić o 20. Oczywiście bez smoka.

Poniedziałek: W porze drzemki wyszliśmy na spacer, więc zasnęły bez problemu na podwórku. Wieczorem było super. Znów rytuał: wyciszanie, przyciemniona lampa, kołysanki, kąpiel, książeczka, mycie ząbków i usypianie, odłożenie do łóżeczek i zasnęły o 19.50. Super.

Wtorek: W porze drzemki wyszliśmy na spacer, a moje dzieci na podwórku zawsze zasypiają bez problemu, oczywiście w wózku i trzeba jechać, koniecznie jechać, nie stać. Była piękna pogoda, więc ok. 15 wyszliśmy jeszcze raz na krótki spacerek. Wieczór był ciężki. Miałam wrażenie, że dzieci zrozumiały, że smoczek do nich więcej nie wróci. Były zrozpaczone, wkładały do buzi wszystko co popadnie, pieluchę tetrową, rękę, piżamkę, paluszki i wiły się z rozżalenia popłakując raz po raz. Potem ryczały, uspokajały się i znów ryczały. Nosiliśmy je ponad godzinę, było trudno, ale daliśmy radę i ok. 20.15 zasnęły wymęczone. Obudziły się ok.22 na karmienie, ale później przespały całą noc.

Środa: Niania powiedziała, że pierwszy tydzień z porzuceniem smoczków jest najgorszy. M. odliczał dni i z radością stwierdził, że zostały nam jeszcze 2 ciężkie usypiania. W porze drzemki wyszliśmy na spacer. Wieczorem po krótkim kołysaniu, bajce itd. Dzieci same zasnęły w łóżeczkach ok. 19.15. Byłam przeszczęśliwa 😉

Czwartek (dzisiaj): W porze drzemki były na spacerze, Hania po wypiciu mleczka i po krótkim kołysaniu zasnęła przed 19 godziną, a Szymek powalczył trochę, ale ok. godziny 19.15 sam zasnął w łóżeczku.

To wcale nie jest takie trudne. Strasznie się tego bałam, że nie podołamy… Uwierzcie mi, to nie jest takie trudne, ale należy tylko kilka miesięcy wcześniej stosować się do rad o których mówiła logopeda http://mamtakze.pl/porzucanie-smoczka-spotkanie-z-neurologopeda/ i uprzeć się, po prostu uprzeć się i uzbroić w spokój, pewność siebie i nie dawać za wygraną przyzwyczajeniom.

Ufff. Smoki od tygodnia leżą w szufladzie, dzieci coraz mniej komunikują, że je potrzebują, a ja czasem w myślach łapię się na tym, żeby dać smoczka, ale szybko odrzucam te myśli i przypominam sobie, że przecież już nie będzie smoka! Smoczków już nie ma w naszym życiu! Rzuciliśmy je! Wszyscy razem! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *